Do kawiarni Sabat w Pobierowie nieświadomie zachęciła mnie moja kuzynka. Jako, że byle gdzie się nie ubiera i byle gdzie nie jada, miałem gwarancję, że Sabat elegancji jest. I drogi. Było tak rzeczywiście. Obie te cechy nie gwarantowały oczywiście wybornej kuchni.
Sabat ma klimat nieokreślony. Ze zlotem czarownic nic wspólnego niestety nie ma, a że jest to lokal półotwarty to do środka wpadają wszystkie dźwięki nadmorskiego deptaka. Co by jednak nie mówić, w środku jest przytulnie. Drewniane, niewielkie stoły i masywne krzesła poustawiane są gęsto, co daje chwilowe wrażenie miejsca ciepłego. Są świeczki, serwetki i karta win, która skrzętnie ukryta na stoliku nie rzuca się w oczy. Do wieczora gościom przygrywa live tiro. Za to zawsze plus.
Pierwszy zgrzyt na początku: jeden kelner podaje menu, a potem niepewna wymiana spojrzeń sprawia, że nie bardzo wiem komu złożyć zamówienie (przy następnej wizycie było już jednak ok.). Karta jest pokaźna: od przystawek, poprzez zupy (pomidorowa 7 zł) i mięsiwa, aż po makarony i spory bank alkoholi. Ceny słuszne i to bardzo. Wybieram spaghetti ze szpinakiem (17 zł) i wodę niegazowaną z lodem (3,50 zł). Przez chwile waham się nad makaronem z sosem camenbert, ale zwycięża wersja, którą z pewnością nie pogardziłby Papaj.
Czekam 10 min., zatem krótko. W tak zwanym międzyczasie kucharz przygotowuje coś „na żywo” wywołując 1,5-metrowy ogień z patelni. Co prawda nie wyglądał jak kucharz, a bardziej jak bohater wenezuelskiej telenoweli, ale i tak niespodziewany wybuch wzbudza mój zachwyt.
Woda, jak to woda. Z lodem, o który prosiłem i cytryną, która wydawała mi się dodatkiem oczywistym. Szefom lokalu na szczęście także. Jednego tylko nadal nie wiem: po co do cholery zawsze dają dwie rurki?!
Jest i clau programu, czyli makaron. Widelec i łyżka są – nie to co we wrocławskim Sfinksie. Za to plus. Ale samo danie wyglądem nie zachwyca. Dość pokaźny kopiec spaghetti, bez ozdoby, popruszony lekko niewyszukanym serem. Znów nie ma nic zielonego, o czym wspominam z bólem jako wierny wyznawca świeżej bazylii. A i fragment pomidora by się zdał. Chodzi o to, żeby złamać monotonię szpinaku... Ten tworzy z makaronem rodzaj masy, chociaż nie jednolitej. Są fragmenty mniejsze i większe smakowicie, maślano przyrządzone, ale gdzie podział się ten kreskówkowy,soczysty, zielony kolor? Brak. Danie gorące – kolejny plus. Makaron zwinnie nawija się na widelec w żadnym momencie nie wywołując frustracji swoim sklejeniem. Po 10 min. orientuje się, że brakuje soli. Solę więc i pieprzę też, do końca szukając choćby śladu włoskich ziół lub chociaż czosnku, bez którego szpinak staje się koszmarem przedszkolaka. Żadnego elementu nie znajduję. Całe szczęście, że 17 zł sprawia iż danie jest słuszne i z ledwością je mieszczę. Wychodzę o 23.00 i wcale nie mam pewności, że tu wrócę.
PS
Do Sabatu wróciłem podczas mojego nadmorskiego pobytu jeszcze trzykrotnie na kapitalne śniadania. Warto było.