Generalnie to nie lubię restauracji w centrach handlowych. Stoliki poustawiane gdzieś w przejściach, pozbawione intymności, bez charakteru.
Danie główne - shoarma de luxe (fot. JG)
Jednak nie miałem tego dnia za dużo czasu i postanowiłem, że udam się do North Fisha w Pasażu Grunwaldzkim - fast fooda, tyle że rybnego, by chociaż trochę odciążyć moje sumienie od dywagacji na temat niezdrowego żywienia. Wiadomo - ryba, to nie czerwone mięso, więcej ma mikroelementów. Jednym słowem - zdrowsza - tak mówią. Złapał mnie jednak przy schodach ruchomych jakiś pan ulotkarz i wepchnął do ręki zniżkę dla studentów w Sphinksie. Głupio było nie skorzystać z oferty skoro - uno - o połowę taniej, sekundo - studentem jestem ostatnie tygodnie. Niestety.
Usiadłem zatem przy tym samym stoliku co wtedy, gdy podano mi tam jakiś rodzaj drobiowej shoarmy, której mięso było dość żylaste, a potem jeszcze musiałem upominać się o nowe sztućce do niezbyt dobrego spaghetti carbonara. Dokładnie nie pamiętam jak dawno to było, może nawet nie bardzo dawno, ale wystarczająco traumatycznie, by jedzenie w tej sieciówce wybić mi z głowy. No ale skoro już tam trafiłem kolejny raz (i miałem tę zniżkę) więc zamówiłem coś extra, de luxe - dokładnie shoarme de luxe. Jak napisali paski delikatnych polędwiczek wieprzowych 180g, w oryginalnych przyprawach, smażone na maśle, podawane ze złocistymi talarkami lub ryżem oraz sałatką "Ale feta!" (28.90 zł - cena zwykła, niestudencka). Do tego sok bananowy średni (5.90 zł).
Chciałem sobie trochę popatrzeć na ten nasz przekrój społeczeństwa chodzący po centrach handlowych. Bo to zawsze ciekawie łypnąć okiem jakie trendy teraz modne, co się kupuje, kto z kim chodzi i za co trzyma. Takie tam małe socjologiczno-reporterskie zboczenie. Sphinx jednak nie daje za długo czekać - co się chwali. Po kilku minutach dostaje sok (zielony? Uff... smakuje bananem) i rodzaj tacki z reklamą master card, misternie ułożoną przez kelnera tak, bym nie ominął informacji, że jak zapłacę więcej, ale plastikiem, to kolejna zniżka mnie czeka. Już się nawet zacząłem cieszyć, że jak to wszystko podliczę, to jeszcze parę złotych wyjdę do przodu... Po kolejnej minucie lądują obok mnie sosy: pikantny, ziołowy i pomidorowy. Od razu próbuje - konsystencja ładna, gęsta, smaki wyraźne, chociaż ten ostry, trochę za mało pikantny. Zaledwie po 10 min. dostaje danie główne. To chyba rekord - nie licząc fast foodów.
jakub_guder, czwartek, 19 maja 2011
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz