czwartek, 13 listopada 2014

Ale Meksyk

Kiedy mieszkałem na Placu Legionów to zawsze w drodze na wrocławski rynek tuż przed wejściem na Plac Solny, mijałem meksykańską restaurację. Wszedłem tam raz, żeby obejrzeć półfinał mistrzostw świata w 2006 roku. Zawsze za drogo było. chociaż wyglądało smakowicie. A teraz kiedy wreszcie już zjadłem, to myślę sobie, że ten wygląd tylko się zgadza. Taki tropikalny. Jak te parasoleczki w drinkach zawsze. Trochę kiczowate.



Było pusto. Jak jest pusto, to to nie jest omen dobry. Kelnerka zadała dość dziwne na pozór pytanie: czy będzie potrzebna karta? Podejrzane tak samo jak dobra forma Korneli M. na igrzyskach. Wstydzić się menu nie trzeba, bo było obszerne. Mnóstwo meksykańskich nazw, których normalny śmiertelnik nie słyszał. Szkoda, że nie wyjaśniono wszędzie, co kryje się pod tymi azteckimi specjałami.

Zaczynam od picia. Jest moja ukochana pinacolada, do tego bezalkoholowy bananowy flip. Notabene wywołałem chyba tą pinacoladą popłoch wśród ekipy, bo aż z kuchni wychylił się ktoś ważny by uspokoić strach w oczach blond-kelnerki, że ów trunek na składzie jest. „Jest”? Co to znaczy „jest”? Przecież pinacoladę trzeba zrobić z rumu, soku ananasowego i kokosowego mleczka. Czyli wniosek taki, że wypiję oszukaną z butelki...

Do jedzenia biorę quasadillas – trzy małe tortille z orzechami, fetą, goudą i mozzarellą. Danie dostaje bardzo szybko. To cieszy. Wygląda ładnie i schludnie, chociaż porcja wydaje się mała, a może ja jestem bardzo głodny. Pierwsze kęsy i... bez rewelacji. Lubię takie mieszanki serów, ale te są jakoś niedoprawione i zaraz mam ochotę chwycić na sól. Mam nadzieję, że czerwony sos jest czymś pikantnym, ale to tylko jakieś pomidory pasujące do fety i mozzarelli. Smakuje to naprawdę nieźle, ale obok Meksyku to chyba nawet nie stało.

Pytam czym jest „Flan – oryginalny meksykański deser”. Podobno to rodzaj placka o smaku toffi podawanego na zimno. Bardziej określiłbym to jako dwudniowy budyń umoczony w toffi podany z bitą śmietaną. Poukładane dookoła plasterki kiwi i jabłka znów cieszą oko. Ze smakiem już gorzej, bo normalnie. A przeciętność zauważana nie jest.

Gdy wychodzę wyjaśnia się, dlaczego kelnerka pytała, czy potrzebuję kartę. Co dzień bowiem dwudaniowy obiad między 12 a 16 jest za promocyjne kilkanaście złotych. Wchodzą zatem co chwilę klienci i mówią „dwa razy” nie zaglądając w menu. I tak zupą dnia dziś była szczawiowa. W restauracji meksykańskiej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz