niedziela, 13 kwietnia 2014

Sabat bez czarownic, czyli kulinarny skok nad Bałtyk - spaghetti ze szpinakiem

Do kawiarni Sabat w Pobierowie nieświadomie zachęciła mnie moja kuzynka. Jako, że byle gdzie się nie ubiera i byle gdzie nie jada, miałem gwarancję, że Sabat elegancji jest. I drogi. Było tak rzeczywiście. Obie te cechy nie gwarantowały oczywiście wybornej kuchni.

Sabat ma klimat nieokreślony. Ze zlotem czarownic nic wspólnego niestety nie ma, a że jest to lokal półotwarty to do środka wpadają wszystkie dźwięki nadmorskiego deptaka. Co by jednak nie mówić, w środku jest przytulnie. Drewniane, niewielkie stoły i masywne krzesła poustawiane są gęsto, co daje chwilowe wrażenie miejsca ciepłego. Są świeczki, serwetki i karta win, która skrzętnie ukryta na stoliku nie rzuca się w oczy. Do wieczora gościom przygrywa live tiro. Za to zawsze plus.

Pierwszy zgrzyt na początku: jeden kelner podaje menu, a potem niepewna wymiana spojrzeń sprawia, że nie bardzo wiem komu złożyć zamówienie (przy następnej wizycie było już jednak ok.). Karta jest pokaźna: od przystawek, poprzez zupy (pomidorowa 7 zł) i mięsiwa, aż po makarony i spory bank alkoholi. Ceny słuszne i to bardzo. Wybieram spaghetti ze szpinakiem (17 zł) i wodę niegazowaną z lodem (3,50 zł). Przez chwile waham się nad makaronem z sosem camenbert, ale zwycięża wersja, którą z pewnością nie pogardziłby Papaj.

Czekam 10 min., zatem krótko. W tak zwanym międzyczasie kucharz przygotowuje coś „na żywo” wywołując 1,5-metrowy ogień z patelni. Co prawda nie wyglądał jak kucharz, a bardziej jak bohater wenezuelskiej telenoweli, ale i tak niespodziewany wybuch wzbudza mój zachwyt.

Woda, jak to woda. Z lodem, o który prosiłem i cytryną, która wydawała mi się dodatkiem oczywistym. Szefom lokalu na szczęście także. Jednego tylko nadal nie wiem: po co do cholery zawsze dają dwie rurki?!
Jest i clau programu, czyli makaron. Widelec i łyżka są – nie to co we wrocławskim Sfinksie. Za to plus. Ale samo danie wyglądem nie zachwyca. Dość pokaźny kopiec spaghetti, bez ozdoby, popruszony lekko niewyszukanym serem. Znów nie ma nic zielonego, o czym wspominam z bólem jako wierny wyznawca świeżej bazylii. A i fragment pomidora by się zdał. Chodzi o to, żeby złamać monotonię szpinaku... Ten tworzy z makaronem rodzaj masy, chociaż nie jednolitej. Są fragmenty mniejsze i większe smakowicie, maślano przyrządzone, ale gdzie podział się ten kreskówkowy,soczysty, zielony kolor? Brak. Danie gorące – kolejny plus. Makaron zwinnie nawija się na widelec w żadnym momencie nie wywołując frustracji swoim sklejeniem. Po 10 min. orientuje się, że brakuje soli. Solę więc i pieprzę też, do końca szukając choćby śladu włoskich ziół lub chociaż czosnku, bez którego szpinak staje się koszmarem przedszkolaka. Żadnego elementu nie znajduję. Całe szczęście, że 17 zł sprawia iż danie jest słuszne i z ledwością je mieszczę. Wychodzę o 23.00 i wcale nie mam pewności, że tu wrócę.

PS
Do Sabatu wróciłem podczas mojego nadmorskiego pobytu jeszcze trzykrotnie na kapitalne śniadania. Warto było.

Naleśnik z bananami, bitą śmietaną, czekoladą i migdałami

Wrocławska Iguana na Nożowniczej intrygowała mnie od pierwszej wizyty. Dzisiaj czar prysł. Na szczęście kulinarna satysfakcja pozostała.


Dlaczego Iguana to nie bardzo wiem. Oprócz jaszczura na drzwiach innego nie widziałem. Za to mnożą się motywy francuskie. Najważniejszym są zdjęcia na jednej ze ścian. Przedstawiają zapewne jakieś małżeństwo w różnych miejscach Paryża. Napis głosie:"Wiera i Władysław (jeśli dobrze zapamiętałem) w Paryżu - rok 1959". Myślę sobie, jeśli przepis na te bretońskie naleśniki przywieźli rzeczywiście Ci państwo (w domyśle właściciele) to jestem w niebie. Kelnerka tłumaczy jednak nieco zakłopotana, że to nie właściciele tylko jakiś facet zaprosił tu swojego ojca by pokazać mu zdjęcia, które uznane były za zaginione, czy jakoś tak... Tak czy owak nie są to właściciele co ubodło mnie dotkliwie.

Nie zmienia to faktu, że stylowe zdjęcia pasują to kapitalnego klimatu lokalu. Bo jeśli ja siedzę przy otwartym drewnianym oknie, jest przeraźliwie gorąco a słońce niemiłosiernie umila mi posiłek i czuje się naprawdę jak w centrum Paryża, to czego tu jeszcze wymagać? Boli trochę zużyte menu, które można by już wymienić. Ale stoliki schludne, z czerwonymi matami i czekającymi sztućcami. Ciasno, klimatycznie, przytulnie - kapitalnie.

Jako, że w Iguanie nie jestem pierwszy raz ogarnia mnie spokój. Jestem po toście w Maverso (w Przejściu Świdnickim - polecam) i mam ochotę na deser. Moim łupem pada naleśnik z bananami, bitą śmietaną, czekoladą i migdałami (13,50 zł). Do tego tonik z lodem.

I co ja mam napisać? Wzrokowo - poprawnie. Nie czekam długo - plus. Bita śmietana słodka - plus. Naleśnik - chrupiący, mimo, że opadająca pod wpływem ciepła biała słodycz trochę go zmiękcza. Kolejny plus. A i cena korzystna, nawet na studencką kieszeń. Droższe są naleśniki na słono (świetne! - warto im poświęcić osobny wpis), a z tych deserowych mój był chyba najdroższy.

Do Iguany wrócę. To pewne. Może nawet z własnym laptopem bo i bezprzewodowy internet podobno mają...

Restauracja "Iguana", ul. Nozownicza 12/1A, Wrocław

Naleśniki z mandarynkami w sosie pomarańczowym z czekoladą

Nie mogłem się powstrzymać. Pamiętam tylko, że smakowało kapitalnie - naleśniki z mandarynkami w sosie pomarańczowym z czekoladą.



Restauracja "Plon", Syców, Szosa Kępińska

Pierogi z wody w barze Wiking

Wracając z pracy wysiadłem na placu Legionów. No i nie mogłem oprzeć się wejściu do jednego z trzech znanych mi bardzo dobrze lokali. No może "lokali" to za duże słowo.

"Barów mlecznych" - tak lepiej. Do wyboru: "Pierogi" (smacznie, ale jednak najdrożej - choć nadal tanio), "Złota Kurka" (nigdy mi się tam nie podobało, jakoś tak... niesmacznie) i Wking... Ostatecznie kończę u Skandynawów...

Wiking do bar swego czasu wspierany przez Caritas. Ceny groszowe a w środku przekrój klienteli raczej z mniej zamożnej klasy średniej, jest dwóch studentów i ludzie którzy na zupę zbierają z grosików.

Atmosfera... rodzinna. Jako ekstrawagancję zamawiam frytki (2,80 zł), ale tutaj nikt frytek do zestawu nie bierze, dlatego zostaje przez przesympatyczną panią poinformowany, że muszę czekać bo są zamrożone. „Może pierogi pan zje? Dobra rzecz, nasza produkcja...” Przekonała mnie i przystaje na propozycję. Za 5 zł dostaje osiem pierogów rzeczywiście ręcznie klejonych o smaku bardzo zadowalającym i nawet (co odkrywam już po wyjściu) nieco pikantnym. Tylko nigdy nie mogę rozszyfrować jak się robi tę cebulę...

Tanio, smacznie, pysznie i nawet estetycznie. Na studencką kieszeń jak znalazł.

Bar Wiking, plac Legionów 8