Wracając z pracy wysiadłem na placu Legionów. No i nie mogłem oprzeć się wejściu do jednego z trzech znanych mi bardzo dobrze lokali. No może "lokali" to za duże słowo.
"Barów mlecznych" - tak lepiej. Do wyboru: "Pierogi" (smacznie, ale jednak najdrożej - choć nadal tanio), "Złota Kurka" (nigdy mi się tam nie podobało, jakoś tak... niesmacznie) i Wking... Ostatecznie kończę u Skandynawów...
Wiking do bar swego czasu wspierany przez Caritas. Ceny groszowe a w środku przekrój klienteli raczej z mniej zamożnej klasy średniej, jest dwóch studentów i ludzie którzy na zupę zbierają z grosików.
Atmosfera... rodzinna. Jako ekstrawagancję zamawiam frytki (2,80 zł), ale tutaj nikt frytek do zestawu nie bierze, dlatego zostaje przez przesympatyczną panią poinformowany, że muszę czekać bo są zamrożone. „Może pierogi pan zje? Dobra rzecz, nasza produkcja...” Przekonała mnie i przystaje na propozycję. Za 5 zł dostaje osiem pierogów rzeczywiście ręcznie klejonych o smaku bardzo zadowalającym i nawet (co odkrywam już po wyjściu) nieco pikantnym. Tylko nigdy nie mogę rozszyfrować jak się robi tę cebulę...
Tanio, smacznie, pysznie i nawet estetycznie. Na studencką kieszeń jak znalazł.
Bar Wiking, plac Legionów 8

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz