Cały film "Deathproof" Quentina Tarantino uważam za genialny, ale jest 27 sekund, które w moim odczuciu są kultowe. Najpierw na obracający się talerz gramofonu spada winylowa płyta, potem obniża się ramię, słyszymy pierwsze takty kawałka Staggolee grupy Pacific Gas & Electric, a chwilę potem kamera zza ucha pokazuje kaskadera Mike'a, który rękami je Nacho Grande oblizując co chwilę palce (fragment poniżej). Jeśli chcecie się tak poczuć, to polecam "Czerwone sombrero" - całkiem przyjemną meksykańską knajpę w Sky Tower.
Z trzech znanych mi wrocławskich restauracji z podobną kuchnią zdecydowanie lepszy klimat i wystrój mają zarówno "Mexico Bar" przy ul. Rzeźniczej jak i "The Mexican" przy ul. Szewskiej. Jednak jedzenie w "Czerwonym sombrero" jest - śmiem zaryzykować - lepsze.
Na przystawkę poszło tostades (7,90 zł - chrupiące toritille kukurydziane z nadzieniem wołowym lub drobiowym, fot. nr 1). Potem Frito Pie Grande (24,90 zł, fot. nr 3) - "chrupiące nachos zapiekane z mięsem z kurczaka i wołowiny, polane fasolowym sosen z serem, paskami kaktusa, papryką, cebulą, czarnymi oliwkami, papryczką jalopeno, guacamole i pomidorami oraz okraszone kwaśną śmietaną i polane salsą". Opis z menu od rzeczywistości nie odbiega i jak kaskader Mike chciałem paluchami pochłaniać tę ucztę, ale jednak nie wypada przy senioricie.
Do tego skosztowałem sałatki z grillowaną polędwiczką (17,90 zł, fot. nr 2). Wszystko podane szybko przez sympatyczną kelnerkę z lampką półwytrawnego czerwonego wina. Przyjemny wieczór. Polecam.
JG
jakub_guder, środa, 22 maja 2013
poniedziałek, 17 listopada 2014
Jakie nie są smaki Indii
Nieskromnie powiem, że do powrotu zachęcili mnie czytelnicy. Może nie była to setka wrzeszczących fanek, nawet 10 osób to nie było. Jednak więcej niż dwie. A że do tego doszło kulinarne zbulwersowanie, jakiego dawno nie przeżyłem, oto efekt.
Nasłuchałem się ostatnio audycji radiowych o Indiach. Nie mówię już o mozaice kulturowej, religijnej i językowej, bo to rzecz oczywista. Karmiono bowiem do syta słuchaczy wywodami o indyjskiej (hinduskiej) kuchni. Jaka ona aromatyczna, jaka wielowymiarowa i do tego ostra na niespotykanym dla europejczyka poziomie... Od razu do głowy przyszła mi myśl, by wybrać się do wrocławskiej restauracji Spice India (ul. Wita Stwosza 15), by tych wszystkich smaków popróbować. No i masz ci los - poszedłem.
Wzdrygnąłem się zaraz na wejściu, bo już wydawało mi się jakoś tak oficjalnie i (zbyt)elegancko. Do lokalu trzeba iść w dół, schodami niejako w piwnicę. Przez moment było tajemniczo i zmysłowo, bo stąpa się między (zgaszonymi) świeczuszkami i płatkami kwiatów. Sceneria jak z Baśni 1001 nocy. Drzwi jednak szklane jak do mlecznego baru, a w środku niby orientalnie, a jednak jakoś tak sztywno i trochę zbyt biznesowo. W każdym razie gdy przekroczy się próg, to nie czuć, że weszło się w inny świat. Tego oczekiwałem.
Kelner niby miły, grzeczny, ale jakby trochę wystraszony. Starał się zaproponować jakiś stolik, ale ostatecznie sam wybrałem. Mało asertywny jakiś taki. Otwieram menu i patrzę: jagnięcina, baranina, owce morza, placki z pieca tandoor. Ceny słuszne zaczynające się od 32 zł za danie. Decyduję się na chicken korma - kawałki kurczaka w sosie z orzechów nerkowca z indyjskimi przyprawami (32 zł) oraz chicken tikka masala - kawałki grillowanego kurczaka w sosie cebulowo-pomidorowym również z indyjskimi przyprawami (32 zł). Do tego indyjska herbata chai (7 zł). Prawdę mówiąc nie wiem co to, ale że podobnie na herbatę wołają w Turcji, to liczę na miłe podobieństwo. Zamówienie złożyłem, a mimo tego kelner stoi nade mną i po chwili nieśmiałości zwraca uwagę, że powinienem poprosić też o dodatek - ryż, indyjski chlebek, czy coś w tym rodzaju, bo tego nie ma w zestawie. Nie ma - za 32 zł. Domawiam ryż, za który płacę - 7 zł. Najdroższy ryż w życiu. Bywa.
Dania ładnie podane, na osobnych, efektownych misach mięso, na osobnej ryż. Wszystko miesza się dopiero na talerzu. Festiwalu smaków i aromatów jednak nie ma. Niby czuć orzechy nerkowca, ale gdzieś w oddali. Nazwa restauracji też do czegoś zobowiązuje, ale tu ani kszty pikantności! Nieco lepiej jest z kurczakiem w sosie pomidorowo-cebulowym. Jest zdecydowanie ostrzejszy, ale prócz tego niewiele innych smaków. No może na pochwałę zasługuje mięso - jest świetnie usmażone, przy tym soczyste i delikatne. Generalnie jednak wszystko warte jest mniej niż 32 zł (+ ryż) za porcję. Płacę bez mała 90 zł i wychodzę rozczarowany, dziwiąc się hinduskim rodzinom, że tam siedzą tak spokojnie. Mniejsza o jedzenie, ale przy tamtejszej muzyce też długo wytrzymać nie można.
JG
jakub_guder, środa, 28 listopada 2012
Socjologiczne obserwacje, czyli polędwiczki ratują sprawę
Generalnie to nie lubię restauracji w centrach handlowych. Stoliki poustawiane gdzieś w przejściach, pozbawione intymności, bez charakteru.
Danie główne - shoarma de luxe (fot. JG)
Jednak nie miałem tego dnia za dużo czasu i postanowiłem, że udam się do North Fisha w Pasażu Grunwaldzkim - fast fooda, tyle że rybnego, by chociaż trochę odciążyć moje sumienie od dywagacji na temat niezdrowego żywienia. Wiadomo - ryba, to nie czerwone mięso, więcej ma mikroelementów. Jednym słowem - zdrowsza - tak mówią. Złapał mnie jednak przy schodach ruchomych jakiś pan ulotkarz i wepchnął do ręki zniżkę dla studentów w Sphinksie. Głupio było nie skorzystać z oferty skoro - uno - o połowę taniej, sekundo - studentem jestem ostatnie tygodnie. Niestety.
Usiadłem zatem przy tym samym stoliku co wtedy, gdy podano mi tam jakiś rodzaj drobiowej shoarmy, której mięso było dość żylaste, a potem jeszcze musiałem upominać się o nowe sztućce do niezbyt dobrego spaghetti carbonara. Dokładnie nie pamiętam jak dawno to było, może nawet nie bardzo dawno, ale wystarczająco traumatycznie, by jedzenie w tej sieciówce wybić mi z głowy. No ale skoro już tam trafiłem kolejny raz (i miałem tę zniżkę) więc zamówiłem coś extra, de luxe - dokładnie shoarme de luxe. Jak napisali paski delikatnych polędwiczek wieprzowych 180g, w oryginalnych przyprawach, smażone na maśle, podawane ze złocistymi talarkami lub ryżem oraz sałatką "Ale feta!" (28.90 zł - cena zwykła, niestudencka). Do tego sok bananowy średni (5.90 zł).
Chciałem sobie trochę popatrzeć na ten nasz przekrój społeczeństwa chodzący po centrach handlowych. Bo to zawsze ciekawie łypnąć okiem jakie trendy teraz modne, co się kupuje, kto z kim chodzi i za co trzyma. Takie tam małe socjologiczno-reporterskie zboczenie. Sphinx jednak nie daje za długo czekać - co się chwali. Po kilku minutach dostaje sok (zielony? Uff... smakuje bananem) i rodzaj tacki z reklamą master card, misternie ułożoną przez kelnera tak, bym nie ominął informacji, że jak zapłacę więcej, ale plastikiem, to kolejna zniżka mnie czeka. Już się nawet zacząłem cieszyć, że jak to wszystko podliczę, to jeszcze parę złotych wyjdę do przodu... Po kolejnej minucie lądują obok mnie sosy: pikantny, ziołowy i pomidorowy. Od razu próbuje - konsystencja ładna, gęsta, smaki wyraźne, chociaż ten ostry, trochę za mało pikantny. Zaledwie po 10 min. dostaje danie główne. To chyba rekord - nie licząc fast foodów.
jakub_guder, czwartek, 19 maja 2011
Bo w każdym z nas drzemie francuski piesek
Zawsze z rosołu wybierałem warzywa, kiedyś nie cierpiałem bigosu a z pomidora do dzisiaj odcinam i wyrzucam "piętkę". - Taki francuski piesek z ciebie - narzekali rodzice. Ale - moi szanowni rodzice - czy Wy nie wiecie, że w każdym z nas drzemie przecież francuski piesek? Tak mówią na Włodkowica we Wrocławiu w bistro o tej samej nazwie.
Już sama ulica zobowiązuje: niedaleko Mleczarnia, Włodkowica 21, synagoga. Poziom trzeba trzymać. No i zaraz w sieci znalazłem całkiem przyjemne menu - niebanalne i niedrogie. Tam: kurczak z kurką - grillowany filet z kurczaka z sosem z kurek na białym winie z odrobiną tymianku, podany ryżem i gotowanymi warzywami. Brzmi pysznie.
Sos z kurek chodził mi po głowie od czasu, gdy miałem okazję go spróbować w pałacyku Radziwiłłów w Antoninie. Zawsze jednak okazywał się kulinarną ekstrawagancją, dość drogą. Na dodatek moje grzybowe lenistwo i indolencja nigdy nie pozwoliły mi samemu nazbierać kurek.
(fot. francuskipiesek.pl)
Bistro - bo taka nazwa widnieje na szybie - Francuski Piesek znajduje się na przeciwległej do Mleczarni ścianie. Jest nieco cofnięte od ulicy i - szczególnie po zmierzchu - może umknąć uwadze. W środku niewiele stolików. Wszystko utrzymane w ciepłych brązach: skórzane kanapy i krzesła, stoliki i obrusy, nisko zwisające lampy i niewielki bar. Na ścianach wiszą czarno-białe zdjęcia Paryża, w tle leci ledwo słyszalna muzyka, którą rozpoznać trudno, ale zdecydowanie do całości pasuje.
Kurczak z Kurką - grillowany filet z kurczaka z sosem z kurek na białym winie z odrobiną tymianku, podany ryżem i gotowanymi warzywami (fot. JG)
Zamawiam: upatrzony kurczak z kurką (23 zł), na deser jedno z dostępnych tego dnia ciast (10 zł), do picia grzaniec galicyjski z pomarańczami, przyprawiony goździkiem (10 zł) i wodę niegazowaną. Gdyby nie moje wcześnie postanowienie co do zamówienia, to i tak wybór byłby ciekawy, bowiem eleganckie lekko-złote, czytelne menu z czarnymi literami jest naprawdę oryginalne. Mamy zatem śniadania (sałatki, jajecznice, tosty - raczej wszystko klasycznie), kanapki, frittaty (rodzaj omletu), crepes - czyli duże naleśniki, makarony, mięsa (schab, polędwiczki, kurczak) i ryby. Z wszystkiego po 5-6 dań najczęściej z dodatkiem ryżu, zgrabnie nazwane. Do tego dobrze opisane wina i duży wybór herbaty czy kawy. Karta zatem ma swój charakter i chociaż obszerna nie jest tak, jak chociażby ta w restauracji Sicilia w Renomie, ale zdecydowanie bardziej przemyślana.
jakub_guder, czwartek, 06 stycznia 2011
Zasmakowałem w zielonym
Spotkałem ostatnio starą znajomą. To znaczy nie żeby znajoma była stara. Nasza znajomość raczej. Bo sama znajoma młodsza jest ode mnie, o co zresztą coraz łatwiej. Tak czy inaczej ta znajoma świetnie gotuje. Wiem, bo kilkukrotnie byłem zaproszony na obiad. Jej makaronowe rurki nadziewane mięsem i szpinakiem wspominam do dziś. Nie pamiętam dokładnie w jakim celu, ale kilka razy na pewno wykorzystała też w kuchni brokuły. No i właśnie o brokułach i zmianie smaku będzie mowa. Generalnie o zmianach właściwie.
Brokułów szczerze nienawidziłem. Do tego stopnia, że gdy z wyżej wspomnianą znajomą robiłem przedobiadowe zakupy, zawsze paczkę z mrożonymi brokułami starałem się chwilę potem zostawić czy to obok sklepu, czy na przykościelnym murku. Niestety, nigdy to się nie udawało, bo czujne oko gospodyni ów podstęp dostrzegało.
Ludzie się jednak zmieniają – jakkolwiek ten banał nie zabrzmiał teraz. Po kilkunastu miesiącach spostrzegłem bowiem nagle, że brokuły do obiadu zamawiam namiętnie. Nieważne czy to pstrąg, posiłek w Rodeo Drive, czy domowy obiad. Zawsze lubiłem zielony kolor, a teraz i zielony smak polubiłem. Bywa.
Może to jest kwestia kulinarnej odwagi, tego, że teraz częściej próbuję niż dawniej, że nowego się nie boję i własne zdanie mam. A skoro w krótkim czasie może zmienić się podejście do życia, pracy, skoro można ludzi polubić i spostrzec, że przyjaciele – z ich wadami i zaletami – są potrzebni, to przecież można i w brokułach zasmakować, prawda? Próbować tylko trzeba! To samo danie na dwa sposoby zrobione, inaczej przecież może smakować. Zupełnie inaczej.
jakub_guder, środa, 24 listopada 2010
Strudel jabłkowy z kremem waniliowym pod psem
Pod Złotym Psem na wrocławskim Rynku słycnie z przebogatych "patelni", do których jeszczę powrócę. Deserów tam niewiele, ale strudel jabłkowy z kremem waniliowym (15 zł) polecam serdecznie. Wygląda znakomicie - smakuje jeszcze lepiej.
Pod Złotym Psem
Rynek 41
51-116 Wrocław
Tel: 071-372-37-60, 071-342-97-89
zlotypies@poczta.onet.pl
Otwarte:
- codziennie od godz. 12.00 do...
- w niedziele i poniedziałki do 24.00
Kuchnia czynna do godz. 24.00, w niedziele i poniedziałki do 23.00.
Pod Złotym Psem
Rynek 41
51-116 Wrocław
Tel: 071-372-37-60, 071-342-97-89
zlotypies@poczta.onet.pl
Otwarte:
- codziennie od godz. 12.00 do...
- w niedziele i poniedziałki do 24.00
Kuchnia czynna do godz. 24.00, w niedziele i poniedziałki do 23.00.
Tequila
Tequila – wódka meksykańska, odmiana mezcalu, produkowana ze sfermentowanego soku specjalnego gatunku tzw. niebieskiej agawy, (Agave tequilana). Jest tam znana od czasów Azteków. Nazwa pochodzi od okręgu w Meksyku, w którym rozpoczęto jej produkcję (za wikipedią).
Tam, gdzie podobno jada prezydent
Wrocławianie są dziwni. Miasto od kilku godzin stoi w korkach, dotarcie spod Dolnośląskiej Szkoły Wyższej na pl. Świebodzki zajmuje godzinę. I co? I nic - i tak wszyscy głosują na Rafała Dutkiewicza. Ja tego zwyczajnie nie rozumiem... Nie pojmuję! Nie przeczę jednak, że prezydent Wrocławia - który notabene kończył tę samą szkołę średnią co ja - czasem dokonuje słusznych wyborów.
Plotka zasłyszana w mieście głosi bowiem, że naczelny wódz stolicy Dolnego Śląska bywa w Armine - ormiańskiej knajpie na ul. Bogusławskiego. A wiadomo - w każdej plotce jest ziarno prawdy.
Już kiedyś wspominałem, że meksykańskie restauracje we Wrocławiu obok Meksyku nawet nie stały. No bo kto widział blondwłose Meksykanki, które podają piwo? Armine to inne bajka. Prawdziwie wschodnia. Jej właścicielką jest Galina Assatrian. Restauracja miała być inwestycją pieniędzy zarobionych przez firmę pani Galiny i jej nieżyjącego już męża. Nazwę otrzymała na cześć córki Armine Assatrian, którą - jak mniemam - spotkałem nie raz składając zamówienie. Podobnie jak jej matkę.
Na obiad wpadłem w sobotnie popołudnie. Knajpa jest niewielka. Trzy stolika zajęte, na kolejnych trzech tabliczki z napisem "rezerwacja". Ludzie walą drzwiami i oknami, a jak wiadomo tłum to siła i prawie zawsze ma rację. A jak zobaczyłem wystrój, to przekonałem się, że moc tego miejsca w jedzeniu właśnie tkwić musi. Bo nie w klimacie. Drzwi metalowe i odrapane z "rozryraną" (że pozwolę sobie użyć onomatopei) klamką. W środku pseudokaukazkie fototapety i obrazki. Z głośników lecą wesołe nuty po rosyjsku i ormiańsku w równym stopniu przyprawione klimatem wschodu co charakterem disco. Do tego w menu ceny powypisywane są długopisem. Jakoś tak szaro-buro. Gdyby nie ten grill! Oto bowiem szaszłyki - najważniejszy atut Armine - przyrządzane są na oczach klientów za żaroodporną szybą. Przedni pomysł!
Wybieram zatem: barszcz zielony (zupa z pietruszką, jajkiem, szczypiorkiem, ziemniakami - 6.50 zł), lule kebeb (mielone mięso z grilla doprawione ormiańskimi przyprawami - 15 zł) i lampkę czerwonego, półwytrawnego, gruzińskiego wina (8 zł).
PRZECZYTAJ CAŁY TEKST
czwartek, 13 listopada 2014
Rodzinna awantura o pstrąga
Otóż o tego pstrąga to się zrobiła niemal rodzinna awantura na promenadzie w Świnoujściu. Bo ja go jeść nie zamierzałem, a reszta rodziny stwierdziła, że jego wyjątkowość w każdym względzie niszczy słuszność moich racji. Jeszcze jakiś jegomość przy rybnym okienku spojrzał nam nad ramieniem i stwierdził: - Nad morzem, pstrąga? Poczułem się jak grzesznik.
Jednak ta rzeczna ryba okazała się wyśmienita. Dobrze doprawiona, na tekturowym talerzyku, mało ości... Pyszności! No i zaczęła mnie gnębić po powrocie na Dolny Śląsk. I gdy ze znajomymi wybierałem się na obiad, stanowczo oświadczyłem, że ja pstrąga zjeść muszę, co oczywiście spotkało się z odpowiedzią dość przewidywalną: A gdzie ja Ci tu pstrąga znajdę? Jak to gdzie? W restauracji meksykańskiej.
Oczywiście, że nie wiedziałem, iż ta przyjemność mnie spotka akurat tam. W The Mexican na Szewskiej, gdzie byłem wcześniej może raz. Mój znajomy, który mieszkał na Florydzie, twierdzi, że żadna z wrocławskich meksykańskich knajp obok Meksyku nawet nie stała i ja mu nawet wierze. Ale żeby nie było, to zmierzę się kiedyś jeszcze z daniami meksykańskimi w The Mexican.
A teraz wracamy do pstrąga (24 zł), którego dość niespodziewanie zobaczyłem w menu. Spójności karcie to nie dodaje, ale że na tę rybę naszła mnie ochota... Zamówienie składam u kelnera Kamila, chociaż wolałbym u kelnerki, bo te przyodziane są w stroje na kształt sukien do flamenco i pokazują brzuchy. Brzuchy różne: bardziej i mniej apetyczne. Jak to w restauracji. Ale rzecz nie o tym.
Wielkie źrenice w pizzerii na Gaju
- Pięknie się panu te źrenice rozszerzyły – mówi sympatyczna pani w białym kitlu, a ja już ostrości nie mogę złapać patrząc w telefon komórkowy. Co tu jest napisane: „Wiesia” czy „Wieśka”? Różnica to zasadnicza, czy dzwonie do mamy, czy do kochanki. Zrezygnowałem z dzwonienia. Zresztą jak wyszedłem z gabinetu okulistycznego widziałem jeszcze gorzej, chociaż oczy niby mam zdrowe. No i tak na ślepo wybrałem się na pizze. Na wrocławskim Gaju.
Piadine (szynka parmeńska, rucola, tortilla pszenna, mozzarella, sos truflowy) (© Jakub Guder)
Gaju nie znam zupełnie. Na dodatek przyjechałem taksówką. Ruszyłem więc w prawo – tak podpowiadał instynkt. Szedłem wzdłuż kolejnych bloków wciąż usiłując ustawić ostrość patrząc w telefon. Stres przed wizytą u lekarza był taki, że cały dzień nic nie przełknąłem, toteż rad byłem, gdy zza rogu wyłoniły się włoskie barwy na niewielkim bilbordzie wskazujące, że 30 m obok mogę zjeść pizze.
Zbliżyłem się do stojących przed lokalem stolików. Widzę – chociaż niewyraźnie – że jest czystko i schludnie, klienci sączą piwko i coś jedzą. Wchodzę zatem. W środku pomarańczowe kanapy, pomarańczowe obrusy, ciemnobrązowe stoły i krzesła. Wszystko rozstawione przy ścianach. Do tego pomarańczowe zasłony i czerwone gerbery na stolikach Mrużę oczy i wreszcie widzę szyld: Palato Cielo.
Ku zachodzącemu słońcu!
"Kiedy osadnicy ze Starego Kontynentu przybyli do Ameryki, przywieźli ze sobą nadzieję na nowe, lepsze życie. Z trudem przecierali szlaki w Nowym Świecie, mozolnie wydzierając naturze coraz większe kawałki prerii. W tamtych czasach odwagą i żądzą przygody można było wiele zwojować. W tamtych czasach rodziły się legendy."
Fragment Fajitas Wildness - gorąca patelnia z mięsem i warzywami (fot. JG)
No jak - podoba Wam się? Do tego jeszcze woda ognista, Tańczący z Wilkami i wódz Siedzący Byk i jesteśmy prawie na Dzikim Zachodzie. Nie ja to wymyśliłem. Tak na swojej stronie internetowej wita nas wrocławskie Rodeo Drive. Obok tekstu - ostroga. Zatem dalej! Ku zachodzącemu słońcu!
Gościniec Misoni - a gdzie to jest?
Gdzieś między wzgórzami południowej Wielkopolski, jak mały domek z pudełka zapałek, rzucone jest Misoni. Możecie się śmiać, ale tak to właśnie wygląda.
Zjeżdża się najpierw z jednej głównej drogi w mniejszą, potem z tej w jeszcze mniejszą. Po drodze z okna samochodu widzimy Kobylą Górę (248 m. npm) z krzyżem milenijnym – najwyższy szczyt południowej Wielkopolski. Taki lokalny Giewont. Z okna Misoni widok rozciąga się na pagórkowate, soczystozielone o tej porze roku pola. Siedzimy i zastanawiamy się, gdzie właściwie jesteśmy.
fot. hotelmisoni.pl
O miejscu tym słuchy dotarły do mojego rodzinnego Sycowa chyba kilka lat temu. Mówiło się, że gdzieś w Rzetni (wioska w powiecie kępińskim, woj. wielkopolskie) jest taki gościniec, zadziwiająco elegancki jak na miejsce, że pokój można wynająć, dobrze zjeść. Na trasie Syców – Ostrzeszów natrafić było można na drogowskazy „Gościniec Misoni”. No i wreszcie w majowy weekend postanowiłem odwiedzić to miejsce. Nie żałowałem, bo mojego podniebienia dawno nikt tak nie popieścił.
Wcale nie wygląda Misoni na obiekt wybudowany współcześnie. Często jest tak, że w takich budynkach mamy za dużo wszystkiego, a przez to robi się kiczowato. Tu jest inaczej. Wszystko tak jakoś... pasuje do siebie. W środku drewno, stare portrety wąsiastych panów, drewniane dość solidne - ale nie toporne - krzesła i stoły, na nich świeże kwiaty i czyste obrusy. Być może Magda Gessler ściągnęłaby tylko kilka niepotrzebnych ozdób ze ścian czy z sufitu, ale ja bym tego nie zrobił. Niech zostanie tak jak jest – przytulnie. No i jeszcze ten widok z okna... Cudo!
Śliwki na ciepłym winie z gałką lodów i bitą śmietaną. Obok: latte machiato a likierem amaretto, podawana profesjonalnie - jedynie z długą łyżką a bez słomki (fot. WG)
Ceny nie są atutem Misoni. Może to lokal dla snobów, ale za klasę się przecież płaci. Tutaj mała dygresja na temat menu. Otóż lubię czuć się w restauracji jak gość specjalny, dla którego niejako lista dań została przygotowana indywidualnie. Bo chociaż uwielbiam na przykład jeść we wrocławskim Alladynie, to czuje się oszukany, gdy w bliźniaczym Globetrotterze połowę dań w menu jest takich samych. Wyczuwam w tym masówkę, a masówkę to ja w fast foodach mam! Dlatego właśnie menu Misoni jest jego największym atutem. Mamy filet z indyka z masłem kokosowym, zraz zawijany cielęcy z sosem prowansalskim, pstrąg z grilla z sosem pieprzowym. Bo w karcie wcale nie musi być nie wiadomo ile dań. Wystarczy, że są ambitne.
Decydujemy się na desery. Zamawiamy sałatkę owocową z likierem cytrynowym, deser lodowy z wieloowocowym musem oraz – moje – śliwki na winie z lodami i bita śmietaną. Nie czekamy długo, a wszystko stoi przed nami i wygląda zachwycająco! Wyłazi wręcz z pucharów i talerza. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Kolorowo, czysto, z pomysłem i grzesznie pysznie!
W Misoni można przenocować, zorganizować weselę lub komunię. Niedawno powstał basen pod chmurką, jest plac zabaw dla dzieci. Agroturystyka na wyższym poziomie. Wszystko robione z pasją – to widać!
Gościniec Misoni
http://www.hotelmisoni.pl/
Rzetnia 107
63-600 Kępno
tel. 062 79-14-940
fax 062 79-14-941
tel. kom. 0 665 511 625
e-mail: hotel@hotelmisoni.pl
Restauracja czynna cały tydzień od godziny 12:00 do 22:00
Salvador, czyli z cyklu "Alkoholowa rozpusta"
James Bond - Wódka & Martini (wstrząśnięte, nie mieszane) + martwica mózgu
Klub Salvador
Plac Solny 16
(od ul. Szajnochy)
Wrocław
tel. (71)3420225
Salvador - otwarty:
Pn - Pt o 16:00
So i Nd o 17:00
http://www.salvador.pl/
Klub Salvador
Plac Solny 16
(od ul. Szajnochy)
Wrocław
tel. (71)3420225
Salvador - otwarty:
Pn - Pt o 16:00
So i Nd o 17:00
http://www.salvador.pl/
Ale Meksyk
Kiedy mieszkałem na Placu Legionów to zawsze w drodze na wrocławski rynek tuż przed wejściem na Plac Solny, mijałem meksykańską restaurację. Wszedłem tam raz, żeby obejrzeć półfinał mistrzostw świata w 2006 roku. Zawsze za drogo było. chociaż wyglądało smakowicie. A teraz kiedy wreszcie już zjadłem, to myślę sobie, że ten wygląd tylko się zgadza. Taki tropikalny. Jak te parasoleczki w drinkach zawsze. Trochę kiczowate.
Było pusto. Jak jest pusto, to to nie jest omen dobry. Kelnerka zadała dość dziwne na pozór pytanie: czy będzie potrzebna karta? Podejrzane tak samo jak dobra forma Korneli M. na igrzyskach. Wstydzić się menu nie trzeba, bo było obszerne. Mnóstwo meksykańskich nazw, których normalny śmiertelnik nie słyszał. Szkoda, że nie wyjaśniono wszędzie, co kryje się pod tymi azteckimi specjałami.
Zaczynam od picia. Jest moja ukochana pinacolada, do tego bezalkoholowy bananowy flip. Notabene wywołałem chyba tą pinacoladą popłoch wśród ekipy, bo aż z kuchni wychylił się ktoś ważny by uspokoić strach w oczach blond-kelnerki, że ów trunek na składzie jest. „Jest”? Co to znaczy „jest”? Przecież pinacoladę trzeba zrobić z rumu, soku ananasowego i kokosowego mleczka. Czyli wniosek taki, że wypiję oszukaną z butelki...
Do jedzenia biorę quasadillas – trzy małe tortille z orzechami, fetą, goudą i mozzarellą. Danie dostaje bardzo szybko. To cieszy. Wygląda ładnie i schludnie, chociaż porcja wydaje się mała, a może ja jestem bardzo głodny. Pierwsze kęsy i... bez rewelacji. Lubię takie mieszanki serów, ale te są jakoś niedoprawione i zaraz mam ochotę chwycić na sól. Mam nadzieję, że czerwony sos jest czymś pikantnym, ale to tylko jakieś pomidory pasujące do fety i mozzarelli. Smakuje to naprawdę nieźle, ale obok Meksyku to chyba nawet nie stało.
Pytam czym jest „Flan – oryginalny meksykański deser”. Podobno to rodzaj placka o smaku toffi podawanego na zimno. Bardziej określiłbym to jako dwudniowy budyń umoczony w toffi podany z bitą śmietaną. Poukładane dookoła plasterki kiwi i jabłka znów cieszą oko. Ze smakiem już gorzej, bo normalnie. A przeciętność zauważana nie jest.
Gdy wychodzę wyjaśnia się, dlaczego kelnerka pytała, czy potrzebuję kartę. Co dzień bowiem dwudaniowy obiad między 12 a 16 jest za promocyjne kilkanaście złotych. Wchodzą zatem co chwilę klienci i mówią „dwa razy” nie zaglądając w menu. I tak zupą dnia dziś była szczawiowa. W restauracji meksykańskiej.
Bockwurs, czyli smak Drezna
Zauroczony stolicą Saksonii i zawstydzony grą wrocławskich siatkarek wywiozłem od naszych zachodnich sąsiadów coś do moich smaków. Rzecz prosta, acz genialna!
Bockwurst to rodzaj parówki wynalezionej pod koniec XIX w Niemczech. Robiona jest z różnych rodzajów mięsa, a na północy kraju wytwarza się ją także z ryb. To przysmak porównywalny w popularności z holenderskimi frytkami czy amerykańskim hot dogiem. Dostępny na każdym rogu, przy każdej kamienicy czy przy okazji sportowych imprez.. Zapijany oczywiście piwem.
Rzecz to dobra a i niekosztowna - najczęściej w granicach 2-3 euro i podawana z bardzo dobra musztardę, do której to przyprawy od dziecka miałem słabość. Do tego bułka – zazwyczaj świeża i chrupiąca.
Wersje są różne. Najprostsza to parówka z wody. Inna, nieco bardziej wykwintna, to rodzaj naszej białej kiełbasy tylko że cienkiej i grillowanej. Można ją też pociąć na małe kawałki w specjalnej maszynie, polać keczupem i musztardą a następnie posypać curry. Wtedy zamiast palców posługuje się człowiek małym, plastikowym widelczykiem. Przy budkach z bockwurstami ustawione są najczęściej wysokie stoliki przy których na stojąco je się ów przysmak.
A w tle za Łabą z jednej strony Semper Opera, z drugiej – złoty jeździec. Pięknie!
Łyk hedonizmu
Zawsze chciałem iść do wrocławskiego Monopolu. Duch Marleny Dietrich, Pabla Picacassa i Zbyszka Cybulskiego oraz przedwojenna historia są naprawdę silne i przyciągają niczym magnes.
Kiedy więc dowiedziałem się, że 57. gala Plebiscytu na Najlepszego Sportowca i Trenera Dolnego Śląska odbędzie się właśnie w hotelu przy Świdnickiej, byłem niezwykle rad, że i ja – skromny, początkujący dziennikarzyna – znajdę się w tych murach.
Historia Monopolu jest długa. Wybudowany został w 1892 roku przez dwóch żydów. Bankiera Wallenberga Pachaly'ego i architekta Karla Grossera i już pod koniec XIX wieku uznawany był za lokal luksusowy. Po II wojnie światowej w kawiarni „Monopol” bywał artystyczny światek Wrocławia. Po zmianie właściciela hotel powtórnie otworzono w kwietniu ubiegłego roku. Do końca marca 2010 dwuosobowy pokój można wynająć w promocyjnej cenie... 550 zł na noc.
W 1937 roku ze specjalnie wybudowanego balkonu przemawiał tu Adolf Hitler. Ponad 20 lat później krzyczano pod hotelem „Janku śpiewaj...” i Kiepura śpiewał. Notabene z tego samego balkonu.
Ten rys historyczny wzbogacać by można o kolejne nazwiska, ale że w tym miejscu liczy się bardziej to co na talerzu, dlatego przejdę do szczegółów. Przystawka: sakiewki Carpaccio faszerowane ricottą pod płatkiem sera Gran Padano. Pierwsze danie: krem z kurek z grzankami. Drugie: polędwica wieprzowa serwowana ze strudlem ziemniaczanym i musem szpinakowym, a na deser tiramisu – rzecz najlepsza z tego wszystkiego.
Dania w małych porcjach, tak jak to pokazują w innych luksusowych restauracjach na Travel Channel. Przy okrągłych stołach siedzi po osiem osób. Kelnerzy i kelnerki wychodzą z kuchni w rządku. Jeden za drugim z talerzem zmierzają do danego stolika. Otaczają go i gdy już każdy garson stoi za swoim gościem synchroniczne, przez prawe ramię klienta podają potrawę. Rytuał powtarza się za każdym razem, również przy zbieraniu nakrycia. Snobizm? Dla mnie bomba, bo kto choć raz nie chciałby znaleźć się w takiej bajce?
W pamięci zostanie mi też przesympatyczna kelnerka Anita. Dla niej i dla tej magii miejsca do Monopolu jeszcze pójdę. Może chociaż na wódkę-martini (wstrząśnięte, nie mieszane) będzie mnie stać.
Kulinarna podróż palcem po mapie - The Globetrotter
Do Globetrottera wybierałem się długo. A skoro mój ulubiony Alladin's to knajpa bliźniacza, liczyłem na równie uroczą ucztę dla podniebienia. Zawiodłem się jednak.
We wnętrzu liczyłem na więcej gadżetów podróżniczych. A to jakiś globus, może strzelba albo coś co udaje futro lamparda. Nic z tych rzeczy. Miło jednak jest. Dużo miejsca w trzech salach, wielkie stoły i sympatyczne masywne, drewniane krzesła. Jest przytulnie, elegancko a zarazem pojemnie. Klimat mimo wszystko przyjemny, a to za sprawą i mebli i rzędów książek poustawianych na regałach wzdłuż ścian. Naprawdę rubasznie i zacnie.
Znajomi już czekają więc siadam przy... niewytartym chyba stole. Niby szczegół, bo lepił się tylko trochę, ale jednak mniej apetycznie się zrobiło. No trudno. Zaglądam do menu. Gdzieś to już widziałem... No tak! W Alladynie! Część dań się powtarza, ale na szczęście jest coś takiego jak „Nasze specjały”, a tam dania z różnych stron świata, albo przynajmniej udające takie. Są zatem placki po węgiersku (13,90 zł), gołąbki meksykańskie (14,90 zł), spaghetti (16,90 zł), zrazy litewskie (17,90 zł), steki z kangura (49,90 zł), strusia (49,90 zł) czy... krokodyla (59,90 zł). Jest ciekawie.
Zamawiamy indyjskiego kurczaka curry (19,90 zł). Ja do tego znany z Alladin'sa napój ruman z owoców granatu (6,50 zł). Jakież jest nasze zdziwienie, gdy dostajemy niby to samo danie, ale jednak wyglądające zupełnie inaczej. W pierwszej chwili zwątpiłem i miałem pytać o co chodzi? Moje curry było gęstsze i ciemniejsze. Znajomego bardziej płynne i o jaśniejszym kolorze, przypominało.... no nieważne. W smaku takie sobie. Niedoprawione, za mało curry w curry, bez soli i przypraw, ryż jakiś taki niedzisiejszy. Do tego sałatki znane z Alladin'sa – kapusta na słodko i tarta marchew z gęstym, słodkim jogurtem. Z tego wszystkiego element najlepszy.
Male rozczarownie, przyznaje. Nie była to kulinarna podróż życia, a raczej taka palcem po mapie. A podobno camembert z żurawiną nie był tego dnia też najlepszy (choć pochwalona została ryba). Dam jednak Globetrotterowi jeszcze jedną szansę. Za wystrój. No i krokodyla nigdy nie jadłem, ale to dopiero jak etat dostane.
Restauracja THE GLOBETROTTER
ul. ODRZAŃSKA 22 (WEJŚCIE OD UL.GARBARY 5), 50-014 WROCŁAW
tel. 071 796 73 27 | e-mail: kontakt (at) globe-trotter.com.pl
KUCHNIA czynna:
poniedziałek - czwartek 11-23
piątek i sobota 10-24
niedziela 11-23
BAR CZYNNY DO OSTATNIEGO KLIENTA CODZIENNIE
http://www.globe-trotter.com.pl/
(Udawany) smak Orientu
Kolejny punkt mojej kulinarnej przygody to miejsce dla mnie jak najbardziej przyjemne. Hedonizm wziął górę. Tym razem miało być łatwo i przyjemnie, a że lokal sprawdzony i ulubiony problemów nie było. Tylko ten brak obiektywizmu...
Alladin's przy Odrzańskiej to nie restauracja pełną gębą. Ot ciasnawy lokal, z klimatem... arabskim. Jest orientalna muzyczka, kelnerki z atrybutami tańczących taniec brzucha, ciepłe, rudawe kolory. Jest i Alladyn, który siedzi na szafie. A właściwie nad wejściem do WC. Trochę mały i w niefortunnym miejscu.
Bar – miejsce startu kelnerek – przypomina stragan na arabskim targu. Tak to sobie wyobrażałem zawsze. Z niezliczoną liczbą gadżetów i wielkim drewnianych chudym wielbłądem tuż obok. Stolików niewiele, ale mój ulubiony wolny. Siadam tuż za drzwiami przy najmniejszym bladzie gdzie dwie osoby z trudem by się pomieściły. Mam za to cały lokal na oku.
Niestety na kelnerkę przyszło mi czekać. Nie długo, ale zawsze. No trudno. Choć kelnerka-blondynka udzielić jej się mogła arabska definicja czasu. Menu wielgaśne. Ryby, mięsiwa przeróżne, niezły zestaw drinków. Pamiętając jednak o ograniczonym budżecie dokonuje wyboru dość asekuracyjnie wymawiając kolejne nazwy. Jako przystawka fool (9.90 zł) – pasta z „niespotykanego” rodzaju bobu z sezamem i oliwą. Danie główne Kebab Sindbad Specjal – wołowe mięso z grilla z sosem w moim przypadku czosnkowym, ryżem, sałatkami i arabskim chlebkiem (16,90 zł). A jest „specjal” bo mięso jest z zapieczonym żółtym serem. Ma się rozumieć „nie-specjal” jest bez sera za to złotówkę tańszy. Do picia Wart – importowany z Libanu napój z dzikiej róży. Już jest godnie.
Najpierw trafia w moje ręce napój. Istne cudo. Onieśmielająco czerwony puchar na cienkiej nóżce o orzeźwiającym smaku. Po chwili przychodzi fool. Pływa w oleju choć nie wygląda dość apetycznie to widok ratują uwielbiane przeze mnie czarne oliwki. Smakuje jednak ciekawie. Nieco przypomina pasztet, ale jest w smaku delikatniejszy. Całkiem, całkiem, ale jem ostrożnie mając na uwadze, że porcje dań główny są słuszne.
Na najważniejszy punkt programu czekam długo... Zdecydowanie ZA DŁUGO bo blisko pół godziny. Podobno jednak nie jestem wyjątkiem bo i prof. Pułka pisał o długim czasie oczekiwania. Tylko, że ja obiektywny być nie potrafię i nawet ten mankament schodzi na plan dalszy, gdy przede mną staje pełny, kolorowy talerz.
Zacznijmy od mięsa. Nie rozpada się, ale jest jednocześnie kruche i zbite. Nie jest suche a dobrze doprawione dodatkową atrakcję stanowi zabawa drewnianymi szaszłykami. Wyciąganie spod sosu, maczanie w białym płynie, obgryzanie... Mniam! Sos również dobry. Czosnek nie jest zbyt intensywny a konsystencja wystarczająco gęsta. Przyjemnie jest go mieszać z żółtym ryżem, niby zwykłym, a jednak w tym doborowym towarzystwie smakującym wyjątkowo. Może dlatego, że towarzyszą mu warzywa, z których najbardziej zapamiętałem zieloną fasolkę szparagową. Nie za twardą, nie za miękką... Kolor sosu łamią pomidory i ogórki. Zwykłe i kiszone...? No tak – tego polskiego akcentu zabraknąć nie mogło. Z surówek mamy dwie. Kapustę podawaną na słodko i marchew ze słodkim jogurtem. Tę drugą wykorzystuje jako deser bo podniebieniu daje przyjemność niemałą, a już i tak nie zmieściłbym nic innego. Talerz wycieram arabskim chlebem. Zjedzone. Choć nie wszystko, nie pomieściłem zwyczajnie...
Nie wiem czy Alladin's jest egzotyczny, czy tylko egzotykę udaję. Ale jeśli nawet to ja się na to nabrałem. Nie raz, nie dwa, tylko tyle razy ile tam jestem. Do tego stopnia sprawia mi to radość, że nawet jak kobieta spóźnia się godzinę, to w serduchu mam radochę, że jeszcze zdążę się zacnie najeść i poczuć jak w kulinarnej krainie baśni tysiąca i jednej nocy.
PUB I RESTAURACJA ALLADIN's
ul. Odrzańska 23, 50-014 Wrocław
tel. 071 796 73 27 | email: kontakt@alladins.pl
KUCHNIA czynna:
poniedziałek - czwartek 11-23
piątek i sobota 10-24
niedziela 11-23
Foto: alladins.pl/własna
Penne z pomidorami, natką pietruszki i tartym serem
Na szczęście znów do Kuchni miałem najbliżej. I znów muzyka dorównywała potrawie.
Nie miałem dużo czasu i pieniędzy w portfelu. Decyzja była zatem szybka i pewna: penne z pomidorami, natką pietruszki i włoskim serem, którego nazwa wyleciała mi z głowy. Wniosek: smak nie wart zapamiętania.
Cała reszta była znów poprawna. Makaron dobrze ugotowany, pomidory chyba prawdziwe a nie z puszki. Gdyby to jednak robili prawdziwi Włosi to wyzbyliby się kwaskowatych pestek. Ale Kuchnia mieści się na Bogusławskiego w polskim Wrocławiu, nie w Mediolanie. Natka pietruszki za to świeża, liść bazylii jak zwykle mile pieści oko otoczony wianuszkiem z ostrej papryki w proszku. Do tego woda niegazowana - razem 15 zł. A w tle klasyki jezzowe z lat trzydziestych.
Babcina jajecznica
Wrocław to „miasto spotkań” - jak głosi znany slogan. Spotkały się tu po wojnie różne kultury, z przeróżnych stron Polski. Ta smaczna, a jakże pyszna, potrawa pochodzi spod Radomska.
Właśnie stamtąd przyjechała babcia Józia, moja babcia. No i jak do niej zajeżdżam od czasu do czasu, to zamawiam sobie jajecznice na śmietanie z wiejskich jaj bez pieczątek.
Właśnie stamtąd przyjechała babcia Józia, moja babcia. No i jak do niej zajeżdżam od czasu do czasu, to zamawiam sobie jajecznice na śmietanie z wiejskich jaj bez pieczątek.
Najpierw należy zarumienić masło. Nawet troszeczkę je przypalić, tak żeby koniecznie było brązowe. W tak zwanym „międzyczasie” trzeba dwa-trzy jajka dokładnie roztrzepać z łyżką lub dwoma śmietany, tak aby stanowiły jednolitą masę. Potem smażyć koniecznie – to warunek bezwzględny! - na piecu opalanym drewnem i węglem, a nie na żadnej gazówce czy czymś takim. Do tego świeży chleb grubo posmarowany masłem i gorąca herbata po czubek nalana do szklanki tak, że nie ma jej jak chwycić. Śniadanie godne mistrzów. A żeby dłużej smakowało jemy małą łyżeczką...
Na bazarze z lampką wina
O Marche słyszałem coś nie coś. Że smacznie, ale nie jakoś tanio. A że do wyboru miałem pierogi ruskie z Biedronki lub zupkę chińską z Radomia postanowiłem, że wreszcie czas odwiedzić ów miejsce.
Szczerzę muszę przyznać, że może i skusiłbym się na te pierogi gdyby nie pewna promocja. Otóż na drzwiach wejściowych kolorowymi literami napisano iż między 18.00 a 20.00 do lasagne lampka białego wina za jedyne 2,50. Wchodzimy!
Już na wejściu zaatakowała mnie pani zza lady, która wręczyła mi tajemnicza karteczkę z pieczątką i jakąś parafką. Przeszedłem przez pierwszą bramę i zostałem rzucony na szerokie wody. Otóż w Marche jest jak na bazarze. Takim ładnym bazarze. Ludzie sobie siedzą pod oknem niejako w czymś, co przypomina stragan, dookoła pełno owoców czy solidnych warzyw w koszach (wielka marchew, kapusta, kartofle... swojsko jednym słowem). Na środku stanowisko z jedzeniem nr 1 – makarony, sałatki i surówki, owoce i soki. Stanowisko nr 2 za nim, a tam ryby, kluski śląskie, ziemniaki i mięsiwa. Z boku ciasta, kawa, herbata, zimne napoje (wyłożone w koszu z lodem... latem ten widok MUSI robić wrażenie), wina i moja lasagne.
Tylko co zrobić z karteczkę i dlaczego kasa jest przy barierkach jak w supermarkecie? Poudawałem, że rozmawiam przez telefon, podpatrzyłem... no i system mi się nawet spodobał. Otóż karteczkę, którą otrzymałem przy wejściu, należy podać pani/panu, który nakłada jedzenie. Obsługa stawia na niej fikuśna pieczątkę (stoi ich na ladach kilkadziesiąt) i dopiero przy wyjściu cię kasują. Jeśli karteczkę zgubisz lub zniszczysz kara 200 zł (regulamin na odwrocie). Jak mówi jeden z wykładowców dziennikarstwa na UWr. - fascynujące! Zabrałem zatem mój posiłek, upomniałem się o wino, poszukałem sztućców i wolnego stolika.
Lasagne była lepsza niż w Bazylii (lokal przy budynku prawa UWr.). Zdecydowanie. Wybrałem tę mieszaną ze szpinakiem i mięsem i sos pomidorowy (dlaczego wszędzie wciskany jest czosnkowy, do wszystkiego? Pizza z sosem czosnkowym na przykład! - przecież pierwsi włoscy imigranci z USA przewracają się pewnie od czegoś takiego w grobie!). Szpinak był doprawiony, poszczególne warstwy nie tworzyły jednolitej masy tylko można je było od siebie odróżnić. To jest to! Kapitalny był sos. Gęsty i lekko pikantny. Wszystko w odpowiedniej temperaturze, choć przecież w Marche dania nie są robione na zamówienie tylko czekają na podgrzewanych „platformach”. Nawet przy zrobieniu założenia, że czekają tam na spożycie jakiś dłuższy okres to i tak tego nie czuć. Całości dopełniło dość szybko wychłeptana lampka białego, półwytrawnego wina. Całkiem, całkiem...
Przy wyjściu trochę ta kasa mi się nie podobała. Dobrze, że ekran był dotykowy to nie czułem się jak w Biedronce, czego od początku chciałem tego wieczoru uniknąć. Rachunek: 12,10 zł (9,60 lasagne + 2,50 wino). Przystępnie za tak godną strawę. Porcja mogłaby być większa, za co mógłbym nawet dopłacić. No a może byłem zwyczajnie pieruńsko głodny...
P.S. dla językoznawców
Jak odmienia się słowo „lasagne”?
Świdnicka 53, 50-030 Wrocław
Tel: 71 343 95 65, www.marche.com.pl
Kluski śląskie bez jajek i basta!
Na ile śląskie są kluski śląskie tego nie wiem. To zresztą temat wymagające przestudiowania historycznych źródeł i z pewnością na tyle wdzięczny, by poświęcić mu osobny wpis. Ja chciałbym natomiast dziś zwrócić się do moich kulinarnych czytelników z dramatycznym apelem: wyrabiając ciasto na ten narodowy skarb nie dodawajcie – na miłość boską! - jajek!
Przepis jest prosty. Ugotowane i przeciśnięte ziemniaki należy ułożyć w garnku i jak tylko przestygną podzielić na cztery części. ¼ ziemniaczanej masy usunąć i w jej miejsce wsypać mąki ziemniaczanej. To wszystko! Naprawdę! Trochę wysiłku wymaga wyrobienie ciasta, ale aksamitny smak tego specyfiku tuż po ugotowaniu wynagradza wiele. Bez jajka – jest bardziej miękko, delikatnie, subtelnie. Widać różnicę, a skoro widać różnicę to po co przepłacać? - jak mówi reklama. Nawet prawdziwy Ślązak u Makłowicza jajek nie dodawał.
Swego czasu w mojej rodzinie było kilka wesel w roku. Raz nawet wywiało mnie w mazowieckie. Klusek śląskich na ślubnym obiedzie nie było. Dla mnie i dla wielu Dolnoślązaków rzecz nie do pomyślenia. Więc pewnie kluchy jednak śląskie są...
Michael Buble w Kuchni
Wreszcie! Tygodnie, miesiące poszukiwać nie poszły na marne! Znalazłem świeżą bazylię na spaghetti! W kuchni, w której na dodatek śpiewał Michael Buble - mógłbym tam umrzeć.
Kuchnia to nazwa restauracji w nasypie kolejowym przy ulicy Bogusławskiego, kilka kroków od centrum handlowego Arkady i od teatru muzycznego Capitol. Jednym słowem na drodze z pracy do domu i odwrotnie, zatem w znakomity miejscu by posilić się przed partyjką pokera. Do Kuchni zabrałem Tomka. Zgodził się podstępnie łatwo, mówiąc że już tam był, ale zwyczajnie chodziło o to, że blisko miał na tramwaj ku przeznaczeniu - jeśli mogę to tak określić.
Przy tej wizycie skusiłem się na taggiatelle z brokułami i sosem z sera pleśniowego (w granicach 16 zł). Jakież było moje zdziwienie kiedy brokuły okazało się żywo zielone i nierozgotowane a całość spowita była na obrzeżach talerza proszkiem czerwonej papryki. Cóż za kolorystyka!
Szok był jeszcze większy kiedy jakiś czas później znów zamówiłem w Kuchni makaron (tym razem z pieprzem i jakimś niewyszukanym sosem – trochę ponad 12 zł), a na nim dostałem kilka listków świeżej bazylii! Więc Bóg istnieje i wysłuchał moich próśb!
Z głośników leciały standardy w wykonaniu Michela Buble - szarmanckiego młodego człowieka, który w nastolatkach budzi piski a w ich matkach raz jeszcze rozpala instynkt macierzyński.
niedziela, 13 kwietnia 2014
Sabat bez czarownic, czyli kulinarny skok nad Bałtyk - spaghetti ze szpinakiem
Do kawiarni Sabat w Pobierowie nieświadomie zachęciła mnie moja kuzynka. Jako, że byle gdzie się nie ubiera i byle gdzie nie jada, miałem gwarancję, że Sabat elegancji jest. I drogi. Było tak rzeczywiście. Obie te cechy nie gwarantowały oczywiście wybornej kuchni.
Sabat ma klimat nieokreślony. Ze zlotem czarownic nic wspólnego niestety nie ma, a że jest to lokal półotwarty to do środka wpadają wszystkie dźwięki nadmorskiego deptaka. Co by jednak nie mówić, w środku jest przytulnie. Drewniane, niewielkie stoły i masywne krzesła poustawiane są gęsto, co daje chwilowe wrażenie miejsca ciepłego. Są świeczki, serwetki i karta win, która skrzętnie ukryta na stoliku nie rzuca się w oczy. Do wieczora gościom przygrywa live tiro. Za to zawsze plus.
Pierwszy zgrzyt na początku: jeden kelner podaje menu, a potem niepewna wymiana spojrzeń sprawia, że nie bardzo wiem komu złożyć zamówienie (przy następnej wizycie było już jednak ok.). Karta jest pokaźna: od przystawek, poprzez zupy (pomidorowa 7 zł) i mięsiwa, aż po makarony i spory bank alkoholi. Ceny słuszne i to bardzo. Wybieram spaghetti ze szpinakiem (17 zł) i wodę niegazowaną z lodem (3,50 zł). Przez chwile waham się nad makaronem z sosem camenbert, ale zwycięża wersja, którą z pewnością nie pogardziłby Papaj.
Czekam 10 min., zatem krótko. W tak zwanym międzyczasie kucharz przygotowuje coś „na żywo” wywołując 1,5-metrowy ogień z patelni. Co prawda nie wyglądał jak kucharz, a bardziej jak bohater wenezuelskiej telenoweli, ale i tak niespodziewany wybuch wzbudza mój zachwyt.
Woda, jak to woda. Z lodem, o który prosiłem i cytryną, która wydawała mi się dodatkiem oczywistym. Szefom lokalu na szczęście także. Jednego tylko nadal nie wiem: po co do cholery zawsze dają dwie rurki?!
Jest i clau programu, czyli makaron. Widelec i łyżka są – nie to co we wrocławskim Sfinksie. Za to plus. Ale samo danie wyglądem nie zachwyca. Dość pokaźny kopiec spaghetti, bez ozdoby, popruszony lekko niewyszukanym serem. Znów nie ma nic zielonego, o czym wspominam z bólem jako wierny wyznawca świeżej bazylii. A i fragment pomidora by się zdał. Chodzi o to, żeby złamać monotonię szpinaku... Ten tworzy z makaronem rodzaj masy, chociaż nie jednolitej. Są fragmenty mniejsze i większe smakowicie, maślano przyrządzone, ale gdzie podział się ten kreskówkowy,soczysty, zielony kolor? Brak. Danie gorące – kolejny plus. Makaron zwinnie nawija się na widelec w żadnym momencie nie wywołując frustracji swoim sklejeniem. Po 10 min. orientuje się, że brakuje soli. Solę więc i pieprzę też, do końca szukając choćby śladu włoskich ziół lub chociaż czosnku, bez którego szpinak staje się koszmarem przedszkolaka. Żadnego elementu nie znajduję. Całe szczęście, że 17 zł sprawia iż danie jest słuszne i z ledwością je mieszczę. Wychodzę o 23.00 i wcale nie mam pewności, że tu wrócę.
PS
Do Sabatu wróciłem podczas mojego nadmorskiego pobytu jeszcze trzykrotnie na kapitalne śniadania. Warto było.
Naleśnik z bananami, bitą śmietaną, czekoladą i migdałami
Wrocławska Iguana na Nożowniczej intrygowała mnie od pierwszej wizyty. Dzisiaj czar prysł. Na szczęście kulinarna satysfakcja pozostała.
Dlaczego Iguana to nie bardzo wiem. Oprócz jaszczura na drzwiach innego nie widziałem. Za to mnożą się motywy francuskie. Najważniejszym są zdjęcia na jednej ze ścian. Przedstawiają zapewne jakieś małżeństwo w różnych miejscach Paryża. Napis głosie:"Wiera i Władysław (jeśli dobrze zapamiętałem) w Paryżu - rok 1959". Myślę sobie, jeśli przepis na te bretońskie naleśniki przywieźli rzeczywiście Ci państwo (w domyśle właściciele) to jestem w niebie. Kelnerka tłumaczy jednak nieco zakłopotana, że to nie właściciele tylko jakiś facet zaprosił tu swojego ojca by pokazać mu zdjęcia, które uznane były za zaginione, czy jakoś tak... Tak czy owak nie są to właściciele co ubodło mnie dotkliwie.
Nie zmienia to faktu, że stylowe zdjęcia pasują to kapitalnego klimatu lokalu. Bo jeśli ja siedzę przy otwartym drewnianym oknie, jest przeraźliwie gorąco a słońce niemiłosiernie umila mi posiłek i czuje się naprawdę jak w centrum Paryża, to czego tu jeszcze wymagać? Boli trochę zużyte menu, które można by już wymienić. Ale stoliki schludne, z czerwonymi matami i czekającymi sztućcami. Ciasno, klimatycznie, przytulnie - kapitalnie.
Jako, że w Iguanie nie jestem pierwszy raz ogarnia mnie spokój. Jestem po toście w Maverso (w Przejściu Świdnickim - polecam) i mam ochotę na deser. Moim łupem pada naleśnik z bananami, bitą śmietaną, czekoladą i migdałami (13,50 zł). Do tego tonik z lodem.
I co ja mam napisać? Wzrokowo - poprawnie. Nie czekam długo - plus. Bita śmietana słodka - plus. Naleśnik - chrupiący, mimo, że opadająca pod wpływem ciepła biała słodycz trochę go zmiękcza. Kolejny plus. A i cena korzystna, nawet na studencką kieszeń. Droższe są naleśniki na słono (świetne! - warto im poświęcić osobny wpis), a z tych deserowych mój był chyba najdroższy.
Do Iguany wrócę. To pewne. Może nawet z własnym laptopem bo i bezprzewodowy internet podobno mają...
Restauracja "Iguana", ul. Nozownicza 12/1A, Wrocław
Naleśniki z mandarynkami w sosie pomarańczowym z czekoladą
Nie mogłem się powstrzymać. Pamiętam tylko, że smakowało kapitalnie - naleśniki z mandarynkami w sosie pomarańczowym z czekoladą.
Restauracja "Plon", Syców, Szosa Kępińska
Restauracja "Plon", Syców, Szosa Kępińska
Pierogi z wody w barze Wiking
Wracając z pracy wysiadłem na placu Legionów. No i nie mogłem oprzeć się wejściu do jednego z trzech znanych mi bardzo dobrze lokali. No może "lokali" to za duże słowo.
"Barów mlecznych" - tak lepiej. Do wyboru: "Pierogi" (smacznie, ale jednak najdrożej - choć nadal tanio), "Złota Kurka" (nigdy mi się tam nie podobało, jakoś tak... niesmacznie) i Wking... Ostatecznie kończę u Skandynawów...
Wiking do bar swego czasu wspierany przez Caritas. Ceny groszowe a w środku przekrój klienteli raczej z mniej zamożnej klasy średniej, jest dwóch studentów i ludzie którzy na zupę zbierają z grosików.
Atmosfera... rodzinna. Jako ekstrawagancję zamawiam frytki (2,80 zł), ale tutaj nikt frytek do zestawu nie bierze, dlatego zostaje przez przesympatyczną panią poinformowany, że muszę czekać bo są zamrożone. „Może pierogi pan zje? Dobra rzecz, nasza produkcja...” Przekonała mnie i przystaje na propozycję. Za 5 zł dostaje osiem pierogów rzeczywiście ręcznie klejonych o smaku bardzo zadowalającym i nawet (co odkrywam już po wyjściu) nieco pikantnym. Tylko nigdy nie mogę rozszyfrować jak się robi tę cebulę...
Tanio, smacznie, pysznie i nawet estetycznie. Na studencką kieszeń jak znalazł.
Bar Wiking, plac Legionów 8
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















