Otóż o tego pstrąga to się zrobiła niemal rodzinna awantura na promenadzie w Świnoujściu. Bo ja go jeść nie zamierzałem, a reszta rodziny stwierdziła, że jego wyjątkowość w każdym względzie niszczy słuszność moich racji. Jeszcze jakiś jegomość przy rybnym okienku spojrzał nam nad ramieniem i stwierdził: - Nad morzem, pstrąga? Poczułem się jak grzesznik.
Jednak ta rzeczna ryba okazała się wyśmienita. Dobrze doprawiona, na tekturowym talerzyku, mało ości... Pyszności! No i zaczęła mnie gnębić po powrocie na Dolny Śląsk. I gdy ze znajomymi wybierałem się na obiad, stanowczo oświadczyłem, że ja pstrąga zjeść muszę, co oczywiście spotkało się z odpowiedzią dość przewidywalną: A gdzie ja Ci tu pstrąga znajdę? Jak to gdzie? W restauracji meksykańskiej.
Oczywiście, że nie wiedziałem, iż ta przyjemność mnie spotka akurat tam. W The Mexican na Szewskiej, gdzie byłem wcześniej może raz. Mój znajomy, który mieszkał na Florydzie, twierdzi, że żadna z wrocławskich meksykańskich knajp obok Meksyku nawet nie stała i ja mu nawet wierze. Ale żeby nie było, to zmierzę się kiedyś jeszcze z daniami meksykańskimi w The Mexican.
A teraz wracamy do pstrąga (24 zł), którego dość niespodziewanie zobaczyłem w menu. Spójności karcie to nie dodaje, ale że na tę rybę naszła mnie ochota... Zamówienie składam u kelnera Kamila, chociaż wolałbym u kelnerki, bo te przyodziane są w stroje na kształt sukien do flamenco i pokazują brzuchy. Brzuchy różne: bardziej i mniej apetyczne. Jak to w restauracji. Ale rzecz nie o tym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz