czwartek, 13 listopada 2014

Na bazarze z lampką wina

O Marche słyszałem coś nie coś. Że smacznie, ale nie jakoś tanio. A że do wyboru miałem pierogi ruskie z Biedronki lub zupkę chińską z Radomia postanowiłem, że wreszcie czas odwiedzić ów miejsce.

Szczerzę muszę przyznać, że może i skusiłbym się na te pierogi gdyby nie pewna promocja. Otóż na drzwiach wejściowych kolorowymi literami napisano iż między 18.00 a 20.00 do lasagne lampka białego wina za jedyne 2,50. Wchodzimy!



Już na wejściu zaatakowała mnie pani zza lady, która wręczyła mi tajemnicza karteczkę z pieczątką i jakąś parafką. Przeszedłem przez pierwszą bramę i zostałem rzucony na szerokie wody. Otóż w Marche jest jak na bazarze. Takim ładnym bazarze. Ludzie sobie siedzą pod oknem niejako w czymś, co przypomina stragan, dookoła pełno owoców czy solidnych warzyw w koszach (wielka marchew, kapusta, kartofle... swojsko jednym słowem). Na środku stanowisko z jedzeniem nr 1 – makarony, sałatki i surówki, owoce i soki. Stanowisko nr 2 za nim, a tam ryby, kluski śląskie, ziemniaki i mięsiwa. Z boku ciasta, kawa, herbata, zimne napoje (wyłożone w koszu z lodem... latem ten widok MUSI robić wrażenie), wina i moja lasagne.

Tylko co zrobić z karteczkę i dlaczego kasa jest przy barierkach jak w supermarkecie? Poudawałem, że rozmawiam przez telefon, podpatrzyłem... no i system mi się nawet spodobał. Otóż karteczkę, którą otrzymałem przy wejściu, należy podać pani/panu, który nakłada jedzenie. Obsługa stawia na niej fikuśna pieczątkę (stoi ich na ladach kilkadziesiąt) i dopiero przy wyjściu cię kasują. Jeśli karteczkę zgubisz lub zniszczysz kara 200 zł (regulamin na odwrocie). Jak mówi jeden z wykładowców dziennikarstwa na UWr. - fascynujące! Zabrałem zatem mój posiłek, upomniałem się o wino, poszukałem sztućców i wolnego stolika.
Lasagne była lepsza niż w Bazylii (lokal przy budynku prawa UWr.). Zdecydowanie. Wybrałem tę mieszaną ze szpinakiem i mięsem i sos pomidorowy (dlaczego wszędzie wciskany jest czosnkowy, do wszystkiego? Pizza z sosem czosnkowym na przykład! - przecież pierwsi włoscy imigranci z USA przewracają się pewnie od czegoś takiego w grobie!). Szpinak był doprawiony, poszczególne warstwy nie tworzyły jednolitej masy tylko można je było od siebie odróżnić. To jest to! Kapitalny był sos. Gęsty i lekko pikantny. Wszystko w odpowiedniej temperaturze, choć przecież w Marche dania nie są robione na zamówienie tylko czekają na podgrzewanych „platformach”. Nawet przy zrobieniu założenia, że czekają tam na spożycie jakiś dłuższy okres to i tak tego nie czuć. Całości dopełniło dość szybko wychłeptana lampka białego, półwytrawnego wina. Całkiem, całkiem...

Przy wyjściu trochę ta kasa mi się nie podobała. Dobrze, że ekran był dotykowy to nie czułem się jak w Biedronce, czego od początku chciałem tego wieczoru uniknąć. Rachunek: 12,10 zł (9,60 lasagne + 2,50 wino). Przystępnie za tak godną strawę. Porcja mogłaby być większa, za co mógłbym nawet dopłacić. No a może byłem zwyczajnie pieruńsko głodny...

P.S. dla językoznawców
Jak odmienia się słowo „lasagne”?

Świdnicka 53, 50-030 Wrocław
Tel: 71 343 95 65, www.marche.com.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz