wtorek, 19 października 2010

The Bible says one should drink Black Label

Miałem to szczęście w tym roku, że spędziłem kilka dni w RPA, zaliczając przy tym oczywiście jedno ze spotkań rozgrywanych mistrzostw świata. Nawet kiedy najważniejsza jest dusza kibica, to ciekawość kulinarnego blogera nie umiera. Dlatego w hotelu spróbowałem wszystkiego.


pinia colada

Po powrocie przewertowałem globalną sieć. Nie mogłem bowiem nic charakterystycznego wyłapać w kuchni południowoafrykańskiej, bo chociaż były oczywiście słodkie ziemniaki to i dużo elementów podejrzanie mi znanych wyczułem. Okazało się, że trudno zdefiniować smak RPA. Liczba kultur, które na tę część kontynentu wpływała przez wieki, powoduje, iż wszystko się zamazuje. Mamy zatem elementy europejskiej (kolonialne – chociażby holenderskie piwo Amstel w Polsce niedostępne), azjatyckie (a raczej hinduskie – wyraziste przyprawy) i oczywiście afrykańskie.

Najczęściej – jako charakterystyczny element - wymienia się obfitość owoców morza, ale że przebywałem w kontynentalnej części kraju (Johannesburg i okolice Pretorii) nie dane było mi zasmakować morskich dobroci Kapsztadu. Potwierdziły się jednak informacje o obfitości rodzajów mięs (jagnięcina, wołowina, wieprzowina) i mięsie suszonym jako przekąsce, które notabene trafiło do mnie już w autobusie w drodze z hotelu na lotnisko. Wszystko popiłem piwem Black Label, które polecił mi kelner. Okazało się, że nieprzypadkowo – ten trunek to jeden z symboli ruchu przeciwko apartheidowi.


Grillowane pomidory, dwa rodzaje tartego sera, tosty i lokalne kiełbaski


deser


Piwo Black Label - slogan głosił: "The Bible says one should drink Black Label", sałatka z serem feta, sałatą lodową i olbrzymimi, niepozbawionymi pestek oliwkami. Do tego kilka radzajów mięs.



Teskty o kuchni RPA w sieci:

http://www.traveligo.pl/x.php/1,368/Kuchnia-RPA.html

http://www.odyssei.com/pl/cuisines/rpa.php